Kudłacz Podjadek
21 Październik 2008wtorek 00:16
O kulinarnych fanaberiach singla była juz gdzieś tutaj mowa.
Tak, tak, i nie ma co odwracać oczu, kiedy wspominamy o nocnych eskapadach do lodówki i osładzaniu sobie bezsennych nocy. Co singiel to obyczaj: jeden kostkami czekolady odlicza godziny, drugi – minuty a kolejny – sekundy. Nie będziemy oceniać, wiemy o co chodzi. O dotrwanie do poranka. O to, żeby udowodnić, że jeszcze można coś poczuć, że życie może mieć smak. Albo sobie najzwyczajniej w świecie dogodzić.
I dobrze.
Tylko niech się ocknie jeden singiel z drugim i trzecim, niech na moment zatrzyma tę szaleńczą falę endorfin, niech się wstydzić przestanie swojego nocnego oblicza cukierkowego nietoperza i pojmie w końcu rzecz oczywistą:
że nie jest sam i taki jeden na tym świecie. Że nie tylko on podjada jak nie wypada.
O Kudłaczach możnaby rozprawiać godzinami, próbować rozwikłać zagadkę ich nieustającego apetytu. To takie stworzenia, ktorych zmysł łaknienia w żaden sposób nie jest połączony z rejonami logicznych skojarzeń. Na Kudłacza można liczyć. Je wszystko, zawsze i wszędzie. Potrafi automatycznie przesuwać sie z fazy REM do fazy JBBG (Jestem Bardzo Bardzo Głodny) i lunatycznym krokiem zblizyć się do lodówki, gdy tylko zamajaczy przy niej postać właściciela.
Oczywiście ten większy i mądrzejszy wie, że Kudłacz nie ma nad łaknieniem żadnej kontroli, więc nie pasie go na okrąglaka. Pochałania dalej sam. Ale nie sam. I tak jakby fajniej jest, i milej. I to życie jakby smakuje inaczej, bo razem.
Niech więc singiel przemysli w trakcie kolejnej samotnej uczty, gdy znów wyje do księżyca:
czy nie warto by wziąć Kudłacza ze schroniaka bo tam siedzi i sam, i na głodniaka.

